poniedziałek, 7 września 2009

Kultowa i Magiczna Krakowska Toaleta

Uwaga, poniżej małe sprostowanie w sprawie postu dotyczącego działań artystycznych w toalecie Cafe Szafe, Felicjanek 10. Prostuje sam Dyrektor, Łukasz Dębski:

Nazwanie naszej toalety "ładną" kojarzy się burżuazyjnie. Liczę, że czytają to jacyś Warszawiacy więc wolałbym nazwę "kultowa i magiczna". Jeśli chodzi o bezcenne rysunki to nie do końca są stracone: przetrwały w naszych sercach
i -uwaga dla przyszłych Schliemannów Jonesó-w formie gruzu na wysypisku Barycz. No więc ahoj przygodo!
Dyrektor Zakładu


Ja ze swej strony, odpowiadając na pytania czytelników, dodaję, że niemożliwe jest, by Jan Paweł II, choć osobiście związany z domem przy ulicy Felicjanek 10, korzystał z toalety w Szafie, alebowiem lokal ten istnieje od niedawna, a ostatnie pielgrzymki Papy nie miały takich eventów w programie.
JK

Sen Franka

Sen Franka, kadry z projektu "Ojciec i Syn i Piechu Zdzichu", który minimetr po minimetrze, ale jednak - posuwa się naprzód w sekrecie i po godzinach. Całość w ogóle jest bardzo eklektyczna, a Sen Franka, który otwiera historię, może być tego przykładem. Jako podkładkę pod senne mary wykorzystałam kawałki papieru, który służył mi za paletę na biurku. Marku, cierpliwości.




piątek, 4 września 2009

Onegdaj w Cafe Szafe, Krk

Wczoraj wpadły mi w ręce historycznej wartości pliki, przedstawiające efekt sesji rysunkowej w której udział wzięli Robert Trojanowski, Cris "Corto" Loghin i wyżej podpisana. Inicjatorami Pleneru Artystycznego w Toalecie Cafe Szafe (2004) byli znana aktywistka malarska, Cecylia Malik - Dziurdzia (ówczesna współwłaścicielka) i literat, animator wydarzeń kulturalnych, mecenat lokalnych artystów, Łukasz Dębski (ówczesny współwłaściciel, aktualny Dyrektor Zakładu Cafe Szafe). Rysunki na ścianach przetrwały atak krakowskiej Ligi Rodzin Polskich i wiele innych ataków śmiechu. Aktualnie toaleta w Szafie jest elegancka - co można sprawdzić na własne ryzyko w dowolnie wybranym dniu tygodnia. Cafe Szafe - Kraków, Felicjanek 10.









czwartek, 3 września 2009

Samochód Pana Bazyla

Ze szkicownika. Ren.

Raz,dwa,trzy - Potwór patrzy

środa, 2 września 2009

Wrześniowe klimaty


Przy okazji. Fragment wspomnień Alka Wiejaka, krakowskiego pilota i mechanika, mojego Dziadka. Dokładnie 70 lat temu w Krakowie...

Rok szkolny 1938/9 przebiegł bez żadnych znaczących dla mnie zmian. Drugą klasę zaliczyłem. Rozpocząłem zasłużone wakacje. Lipiec spędziłem z rodzicami w Sułkowicach u siostry mamy, a mojej ciotki gdzie cała jej rodzina, czyli dwie córki i nasza trójka siostry i ja pomagaliśmy w gospodarstwie. Ciotka gospodarowała sama, bo jedyny mężczyzna z tej rodziny - najstarszy brat Mamy tuż przed pierwszą wojną wyemigrowal do Ameryki i tam założył rodzinę. Był krawcem, więc otworzył zakład krawiecki, a że był dobrym fachowcem powiodło mu się i stał się właścicielem niewielkiej firmy produkującej odzież. Wujek Michał, bo tak miał na imię, ożenił się z Amerykanką, irlandzkiego pochodzenia. Ciotka nigdy nie nauczyla się po polsku, a co gorsze urodzeni w Ameryce moi kuzyni Ida i Robert, także nie poznali języka swojego taty. Korespondencję prowadził z rodziną tylko Wujek i z tamtej strony w listach szły do Polski dolary, a Mama moja w rewanżu posyłała swojemu bratu ukochane przez niego suszone grzyby, wiejską, dobrze ususzoną kiełbasę i inne specjały polskie za któremi Wujo wprost przepadał. Tak więc będąc w Sułkowicach wyprawialiśmy się często na grzyby, aby było co potem, w okolicy Bożego Narodzenia posłać do Ameryki.

Wróciliśmy z Sułkowic z początkiem sierpnia, 1939. Od razu można było wyczuć, że coś wisi w powietrzu. Z kwartału domów przy ulicach Strzeleckiej, Kopernika, Botanicznej i Lubicz utworzono obwód obrony cywilnej. W budynku komisarjatu policji państwowej, który mieścił się w tak zwanym Białym Domku przy ulicy Lubicz znajdował się schron przeciwlotniczy kierownictwa cywilnego obrony przeciwlotniczej tego rejonu. Wraz z moim przyjacielem Antkiem Potockim zostaliśmy wyznaczeni jako gońcy i w wypadku alarmu lotniczego, winniśmy byli niezwłocznie zgłosić się do dysozycji komendanta rejonu. Pamiętam jak w jedną z niedziel, na początku sierpnia, ogłoszono nocne zaciemnienie miasta i próbny alarm lotniczy. Oczywiście, tam gdzie w budynkach musiało zostać oświetlenie obowiązywały ciemne kotary lub inne zasłony. W czasie próbnego alarmu z Rakowic miały wystartować samoloty, aby z powietrza sprawdzić jak miasto jest zaciemnione. Czekaliśmy z Antkiem póżnym wieczorem na zapowiadany głos syren, aby zgodnie z instrukcją udać się do komendantury obrony przeciwlotniczej. Nad Kraków tymczasem nadeszła potężna burza z błyskawicami piorunami i ulewnym deszczem, co pokrzyżowało plany przeprowadzenia próbnego alarmu. Zaczęło się jednak wyrażnie odczuwać nastrój przygotowań wojennych. Zaklejano paskami po przekątnej szyby okienne, piwnice solidniejszych domów porządkowano pod kątem przystosowania ich na schrony dla mieszkańców. Wykupywano żywność i inne produkty, jako zaopatrzenie na wypadek wojny, szczególnym popytem cieszyły się świece i nafta do lamp.Wreszcie pod koniec sierpnia zaczęto kopać na skwerkach i w miejscach nie zabudowanych rowy, jako schrony przeciwodłamkowe dla ludzi, którym alarm lotniczy uniemożliwił dotarcie do właściwego schronu. Rodzice moi, którzy przeżyli pierwszą wojnę światową nie wpadali w przesadną panikę. Pamiętali bowiem, że front to były okopy, strzelała artyleria, front przesuwał się raz w tą raz w drugą stronę, a za frontem toczyło się życie prawie normalne. Wszystko było czynne, może tylko z pewnemi ograniczeniami. Zresztą z plakatów Wódz nasz zapewnial nas, że jesteśmy „Silni-Zwarci-Gotowi” i nie damy nikomu odebrać sobie „nawet guzika od munduru”. Byłem wychowywany w mocno patriotyczny sposób i w głowie nigdy nie powstała mi myśl, że rozpoczęta wojna może zakończyć się naszą klęską. Zresztą gazety uwczesne pełne były optymistycznych zapewnień, jak to zawarte przez nasze władze sojusze militarne z Francją i Anglią mają zniwelować siły zbrojne Niemiec.

Trochę ten stan pogotowia wojennego działał i na mnie. Wycieczki na Rakowice skończyły się, ale za to wziąłem się za czytanie. Zawsze byłem amatorem literatury lotniczej, kupowałem wszystko to, co ukazywało się w księgarniach i co bylo dostępne dla mojej kieszeni . Tym niemniej w domu posiadałem już sporo pozycji o lotnictwie tak beletrystycznych jak i fachowych. Ogromnie lubiłem książki por. pilota Janusza Meisnera i jego „Szkołę Orląt” czytałem wielokrotnie. Do gimnazjum chodziłem z domu na nogach przez ulice Kopernika, Mikołajską, Rynek do Św. Anny i byłem już na Straszewskiego naprzeciw mojej „budy”, jak się wówczas nazywało szkołę. Na ulicy Mikołajskiej znajdowała się dosyć spora księgarnia i przechodząc tam kiedyś zauważyłem książkę Janusza Meisnera pod tytułem „Nauka Pilotażu”. Tak się szczęśliwie złożyło , że odwiedził nas w tym czasie mój ojciec chrzestny. Pamiętam, że dostałem od niego pięciozłotówkę, co wystarczało aż nadto na kupno „Nauki Pilotażu”. Dlaczego wspominam o dosyć błachym epizodzie, jakim było kupno księżki. Zawarta w tej książce treść pozwoliła mi potem w znaczący sposób zrealizować swoje zamierzenia lotnicze, a długo potem, gdy byłem już instruktorem pilotem, wracałem do treści w tej książce zawartych. Po latach, rozstanie się z tą w gruncie rzeczy małą, niepozorną książką miało niebanalne zakończenie, ale o tym będzie dużo później. Stan lekkiego podniecenia tym wszystkim, co się w ostatnich dniach sierpnia roku 1939 działo, potwierdziła ostatnia u nas wizyta Witka. Zmęczony, widać niewyspany i co mu się nigdy nie zdarzało nieogolony, wpadł na moment do nas z niezapowiadaną wizytą. Przyjechał na motorze, więc nie był w mundurze, miał na sobie kombinezon roboczy, w jakim chodził do pracy w eskadrze. Ogromnie się spieszył, więc tylko pożegnał się z Mamą, mnie uscisnął mocno rękę, powiedział: „Pozdrów siostry i jak Bóg da to się jeszcze zobaczymy”. Niestety nie zobaczyliśmy się już nigdy. Jak przeczytałem długo już po zakończeniu wojny w książce pilota płk.Króla, Witek został w ostatnich dniach sierpnia przerzucony na lotnisko Aleksandrowice koło Bielska Białej, gdzie znajdowała się część jego 121 Eskadry z 2 Pułku Lotniczego. Cztery P-11, w tym samolot Nr. 2, na którym latał p.por.Wacław Król, a obsługiwany był przez Witka bazowały w Aleksandrowicach na tak zwanej zasadzce, aby przeszkadzać samolotom niemieckim, naruszającym południowo-zachodnią granicę naszego państwa, w penetracji terytorium polskiego.

31 sierpnia pojechałem jeszcze na rowerze do swojego przyjaciela z ławy szkolnej Tadka Drzazgi, który mieszkał na Prądniku Czerwonym. Pogadaliśmy trochę, żegnając się słowami: „No, to do jutra w szkole!”. Późnym wieczorem spakowałem niezbędne rzeczy potrzebne mi na jutrzejsze rozpoczęcie roku szkolnego 1939/40 i położyłem się spać.

***
Sen miałem dosyć lekki i nauczony byłem wcześnie wstawać przez te moje poranne
eskapady na lotnisko. Noc była ciepła i okno naszego mieszkania na pierwszym piętrze domu było otwarte. Usłyszałem basowe mruczenie silników lotniczych i od razu zdałem sobie z tego sprawę, że to nie są nasze samoloty. Byłem tak osłuchany, że bez trudu, nie patrząc nawet w niebo, odróżniałem czy przelatuje nademną P-7 czy P-11, które miały różne silniki i inny był ich „gang” - jak to fachowo nazywaliśmy. Wybiegłem na ganek, którego okno wychodziło na wschodnią część nieba i w tym momencie usłyszałem stłumione odległością odgłosy eksplozji. Poranek wstawał piękny, niebo było bezchmurne, widoczność lekko ograniczona porannym zamgleniem. Na ganku było już parę osób, z których większość komentowała docierające do nas odgłosy jako powtórkę niedokonanych wcześniej próbnych nalotów. Można bylo tak to interpretować, ale nie słyszeliśmy jednak żadnych syren świadczących o alarmie lotniczym. Zbliżający się odgłos silników lotniczych spowodował, że opuściłem ganek i wybiegłem przed bramę budynku na ulicę. Zobaczyłem nad drzewami Ogrodu Strzeleckiego, na wysokości około 100 metrów dużą dwusilnikową maszynę. Miała długi dosyć cienki kadłub, o prawie nie zmieniajacym się przekroju, dwa stateczniki pionowe, pomalowana była na stalowo -błękitny kolor, a na kadłubie widnial obramowany białym polem czarny krzyż. Maszyna przemknęła z dosyć dużą prędkością i w sekundę potem usłyszałem potężny wybuch.
W odstępach sekundowych przemknęło jeszcze kilka takich maszyn a odgłos ich silników zagłuszony został szeregiem detonacj zrzuconych przez nie bomb. Jak później doszedłem do tego bombardowaly dworzec krakowski Dorniery Do-17 określane przez lotników niemieckich potocznym fliegende bleitstift (latający ołówek).

Z ulicy widziałem nad budynkami browaru stojącego na rogu Strzeleckiej i Lubicz, komin browaru, a na jego galeryjce, na wysokości około 30 metrów ustawiony karabin maszynowy strzelający w kierunku atakujących samolotów. Cały atak lotniczy na dworzec kolejowy trwał około półtorej dwie minuty. Atakowane w tym dniu były lotnisko Rakowice, dworce kolejowy osobowy i towarowy oraz radiostacja pod kopcem Kościuszki. Po nalocie pobiegłem, na skrzyżowanie ulicy Lubicz, Potockiego i Basztowej. Sam dworzec osobowy i tory nie były trafione, bomby wybuchły nieco dalej w okolicy ulicy Zacisze i Warszawskiej. Jedna z bomb trafila w sam środek skrzyżowania Lubicz i Potockiego, gdzie stał drewniany podest służący policjantowi kierującemu ruchem na tym skrzyżowaniu. Wróciłem do domu, gdzie panowało ogólne zamieszanie. Ojciec, jak codzień wyjechal rozwozić jedzenie z kuchni klinicznej, mieszczacej się przy Kopernika 7 do szpitali klinicznych. Pobiegłem pod Czerwoną Chirurgię na Kopernika 19 i tam po raz pierwszy zobaczylem skutki nalotu. Ranni przywożeni byli różnemi środkami transportu. Nie starczało karetek pogotowia, których i tak w owym czasie było zaledwie kilka. Widziałem rannych, przywożonych taksówkami, a nawet dorożkami konnemi. Wszystkie kliniki postawione zostały w stan pełnej gotowości i tym sposobem nasza kamienica na Strzeleckiej prawie się wyludniła. Rok szkolny dla mnie jeszcze się nie zaczął, a już się skończył. Drugiego września Ojciec mój, wraz z samochodem (a jeżdził wtedy prawie nowym Polskim Fiatem 508) oddelegowany został do kwestury Uniwersytetu Jagielońskiego i wyjechał służbowo do Lwowa. Po jego powrocie z wojny dowiedzialem się, że przewoził ważne dokumenty i skarbiec uniwersytecki, celem zdeponowania tego ładunku na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie. Na Strzeleckiej przeżyliśmy jeszcze parę nalotów, poczym przyszli teściowie mojej starszej siostry Zosi zaproponowali nam przniesienie się do ich nowo wybudowanego domu przy ulicy Szlachtowskiego w Bronowicach. Motywacja przenosin była taka, że mieszkamy zbyt blisko dworca i narażeni jesteśmy na skutki bombardowania. W sobotę wieczorem spakowaliśmy niezbędne rzeczy zostawiliśmy wiadomość dla Ojca aby wiedział gdzie nas szukać i przenieśliśmy się na Szlachtowskiego. Były tam wtedy szczere pola, a paru domków jednorodzinnych na pewno nie opłacałoby się Niemcom bombardować.

Tymczasem wieści z frontu nadchodziły niepokojące. Trudno tu było mówić o jakimkolwiek froncie. Wojska niemieckie parły od zachodu i południa i już w sobotę pojawili się w Bronowicach pierwsi uciekinierzy z województwa śląskiego. Byla być może to oslawiona piąta kolumna aby siać panikę na zapleczu kraju. Rodzina mojego przyszłego szwagra państwo Razowscy, składała się z rodziców i dzieci. Ojciec inspektor budowlany w Kasie Chorych, żona i czwórka dzieci. Najstarszy Stanisław, narzeczony mojej siostry, młodsza od niego Wiktoria oraz Jasiek, bedący moim rówiesnikiem i najmłodszy Mietek . Nawiązałem z niemi szybko kontakt, co zaowocowalo naszą wyprawą do monopolu tytoniowego, tak zwanej cygar fabryki, przy ulicy Dolnych Młynów. Z jaki przyczyn nie wiem, ale nie były to skutki bombardowania zakłady te płonęły i ludzie wynosili z tamtąd paki papierosów i tytoniu fajkowego. Straż nie interweniowała, bo tyle miała innej pracy, a policja sama zachęcała przybyłych na miejsce zdarzenia ludzi do zabierania niespalonych wyrobów, aby ograniczyć rozmiary pożaru.
We czwórkę przyniesliśmy wtedy parę plecaków różnego rodzaju papierosów paczek tytoniu i innych akcesorii palarskich. Sam jako harcerz nie próbowałem palenia, byłem jeszcze za mlody, ale niektórzy moi koledzy z podwórka już po kryjomu przed rodzicami zaciągali się sportami czy innemi wyrobami Państwowego Monopolu Tytoniowego.

Trzeciego września, pamiętam była to niedziela, z kierunku Śląska, przez Bronowice przechodziły całe tabuny ludzi różnej płci i różnego wieku. Taszczyli ze sobą jakieś pakunki, toboły na wózkach dziecięcych czy rowerach. Przechodziły kilkuosobowe grupy rozproszonych żolnierzy. Ci ostatni gromadzeni byli w budynkach stojących nieopodal dawnej podchorążówki. Cywile prosili o wodę do picia, bo dni były jak na wrzesień bardzo gorące i opowiadali o swojej ucieczce. Byli to uciekinierzy z okolic Trzebini, Chrzanowa, Jaworzna. Szli przeważnie piechotą, bo zbombardowana kolej była prawie nieczynna. Opowiadali okropne rzeczy jak to Niemcy rozstrzeliwują cywilów, szczególnie zagrożeni są młodzi mężczyżni. Na zajętych przez Niemców terenach panuje terror i strach, w każdej chwili można spodziewać się śmierci. Widziałem, jakie te opowieści robią wrażenie, szczególnie na naszych kobietach. Dlatego, po burzliwej naradzie rodzinnej, tej niedzieli po południu zapadła decyzja. Uciekamy z Krakowa, a jak Niemcy zostaną odparci, to wrócimy z powrotem. Na ucieczkę zdecydowało się spore grono bliskich nam osób. Z rodziny Razowskich zdecydowali się wyruszyć senior Razowski i jego starsi synowie Staszek i Janek. Wraz z niemi wyruszył mój póżniejszy szwagier, mąż Irki - Mundek Florek i jego dwaj bracia Tadeusz i Felek. Moja Mama, z dużemi oporami zgodziła się, abym i ja wyszedł z Krakowa, mając nadzieję, że pozostali starsi uczestnicy wymarszu zapewnią mi w razie potrzeby opiekę. Z Felkiem Florkiem znałem się z harcerstwa był w tym czasie zastępowym bodajże krakowskiej 13-ki. Do tej grupy dołączyło paru znajomych seniora Razowskiego, tak że w sumie, w gronie około dwudziestu osób wyruszyliśmy z Krakowa.